Co dalej, panie prezydencie Trump?

Drukuj

Wydaje się, że prezydent Donald Trump tajniki dyplomacji zgłębiał, sądząc po jego spektakularnie surrealnych posunięciach, w elitarnych szkołach San Escobar. Na dodatkowych zajęcia, na które uczęszczał wyjątkowo pilnie, nauczył się korzystać z Twittera. Za pomocą którego, zresztą, część swoich quasi dyplomatycznych misji prowadzi. Klasę niżej była jego rzeczniczka, która skrupulatnie zgłębiała Orwella, by po latach triumfalnie oznajmić światu, że wszyscy są głupi, wszystkie świnie są wprawdzie równe, ale niektóre równiejsze, a zwłaszcza w świetle „faktów alternatywnych”.

Budowa muru na granicy z Meksykiem, plan przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jeruzalem wbrew stuletniej praktyce, telefon do prezydenta Tajwanu i dekret zawieszający przyjmowanie przez Stany Zjednoczone uchodźców z Syrii oraz zakaz wjazdu do kraju dla obywateli Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanu i Jemenu – to wszystko jednak fakty. Niealternatywne.  Stany Zjednoczone zamknęły swoje granice przezd uchodźcami z Syrii do odwołania, reszta szczęśliwców może ubiegać się o wjazd do kraju po upływie 120 dni. Oczywiście są wyjątki – muzułmanin pocałuje amerykańską klamkę, ale prześladowany w kraju muzułmańskim chrześcijanin – wjedzie.

Wykształcony w San Escobar przywódca amerykańskiego narodu ma ważne powody, by wkurzyć prawie dwa miliardy muzułmanów na świecie, połowę światowych liderów oraz tysiące intelektualistów, akademików i studentów: robi to wszystko, bo próbuje zapobiec pojawianiu się w kraju radykalnych islamistycznych terrorystów. „Nie chcemy ich tu. Chcemy się upewnić, że nie przyjmujemy do naszego kraju żadnych zagrożeń, z którymi walczą nasi żołnierze” – mówi.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać: Iran nazwał podjęte przez USA kroki „otwartym afrontem wobec muzułmańskiego świata” i oznajmił, że w ramach uczciwych bilateralnych stosunków zakaże Amerykanom wjazdu do siebie. Prezydent Hasan Rowhani powiedział zaś, że nie czas na budowanie murów między narodami, wspominając też o możliwości anulowania międzynarodowych porozumień handlowych. O tempora, o mores: prezydent Iranu jest bardziej wyważony niż prezydent USA!

Islamofobiczny w swojej wymowie dekret nie tylko utrudni życie setkom tysięcy rodzin w USA, studentom i ludziom prowadzącym globalne interesy oraz zagrozi porozumieniom handlowym. Jego reperkusje są znacznie poważniejsze: Trump, biały supremista, który nie życzy podawania sobie ręki czarnoskóremu duchownemu, postawił właśnie znak równości między muzułmańską ummą na całym świecie i terroryzmem. Znamy takie neopopulistyczne zagrywki i z naszego, europejskiego podwórka: Marine Le Pen, która nazywa publiczne muzułmańskie modły „okupacją” czy Angelę Merkel, która chce zakazu burki – myląc ją oczywiście z nikabem.

Burka równa się terroryzm.

Islam równa się terroryzm.

Taka narracja, stukrotnie wzmocniona dekretem Trumpa, obudowana frazesami o zapewnianiu obywatelom bezpieczeństwa (skuteczna w tym zakresie tak samo jak polska, drakońska, jak pisze w swoim raporcie na ten temat Amnesty International, ustawa antyterrorystyczna – czyli wcale), jest dla radykalnych grup terrorystycznych najlepszym prezentem, jaki mogłyby sobie wymarzyć. Stygmatyzowanie muzułmanów, którzy i tak są na cenzurowanym, którzy coraz częściej padają ofiarami rasistowskich ataków i coraz bardziej się boją, stwarza idealne warunki do rekrutacji przerażonych, rozczarowanych tym rzekomo liberalnym Zachodem ludzi. ISIS może teraz tylko spokojnie czekać, a potem: rekrutować i radykalizować.

Nie przypadkiem światowe media zaczynają pisać o pierwszych momentach nazistowskiego ostatecznego rozwiązania akurat teraz. „The first moments of Hitler’s Final Solution – and why it matters 75 years later” – tytułuje swój tekst The Smithsonian Magazine.

Co dalej? Kolejny dekret nakaże ponad 3 milionom amerykańskich muzułmanów przyszywanie półksiężyców do ubrań?